Zwyczajem Polaków stało się natrętne korzystanie ze zdrobnień (inaczej: deminatywów lub spieszczeń). Pani na poczcie pyta: „Paczuszka priorytecikiem ma być?”, a ekspedientka w warzywniaku nie jest już w stanie podawać marchewek, pomidorów i ziemniaków, tylko ładuje „do woreczka” te swoje „marcheweczki, pomidorki i ziemniaczki” albo inne „kartofelki”. Chleba razowego też nie dostaniesz, jest tylko „chlebek z ziarenkami”. Zapłacisz za niego kilka „złotóweczek”, po czym zgodzisz się, żeby sprzedawczyni była dłużna „grosika”. Zastanawiam się, czy niebawem będziemy się żalić, że ktoś zrobił nam niezłe „świństewko”, a numerem jeden wśród wulgaryzmów stanie się „kurewka mać”.

Społeczeństwo zaczęło traktować zdrobnienia jak synonimy wyrazów podstawowych. Ba! „Lepsze synonimy”! Wspomniane warzywniaki to miejsca, w których możemy zaobserwować przewagę „kapustki” nad jakąś tam zwykłą „kapustą”, hołdowanie „pyszniutkim ogóreczkom” albo gloryfikację „bialutkiej cebulki”.

Skąd to moje oburzenie? A no stąd, że zdrobnienia są PO COŚ, jak właściwie wszystko w języku. Nietrudno się przecież domyślić ich funkcji. Deminutywy/spieszczenia świadczą o tym, że dany przedmiot jest mniejszy w stosunku do przedmiotu opisywanego przez podstawowy wyraz; deminutywy/spieszczenia, jak sama nazwa wskazuje, „spieszczają” wyrazy, czyli dowodzą naszemu pozytywnemu stosunkowi względem określanej osoby, rzeczy czy zjawiska.

Nie odbierajmy wyrazom ich znaczeń. Istnieje zasadnicza różnica mieszkania w „domu”, „domku” i „domeczku” (chociażby podczas sobotniego sprzątania). Dobrze byłoby też, gdybyśmy byli pewni, że jeśli ktoś nazywa nas „mamusią”, „tatusiem”, „Oleńką”, „Łukaszkiem”, „seruszkiem” czy „żabką”, to robi to dlatego, że ma do nas wyjątkowy stosunek, a nie ze względu na nieuzasadnioną modę językową. A jak Wy oceniacie nagminne wykorzystywanie zdrobnień?

średnia ocen - 5.00
liczba głosów - 8

Skomentuj